Zasmyki to wieś na Ukrainie, w pobliżu Kowla, w obwodzie wołyńskim.

Do września 1939 Zasmyki leżały w granicach Polski. W latach 1939-1941 były pod okupacją radziecką, a potem, w latach 1941-1944 pod okupacją niemiecką. Od połowy 1943 był to ośrodek samoobrony ludności polskiej przed atakami nacjonalistów ukraińskich.
W Zasmykach znalazło schronienie ok. 20 tys. okolicznych Polaków. Miejscową samoobronę wspierały dwa zgrupowania partyzanckie AK dowodzone przez porucznika W. Czermińskiego, pseudonim Jastrząb, i porucznika M. Fijałka, pseudonim Sokół.

19 stycznia 1944 okolice Zasmyków zostały opanowane przez polskie oddziały partyzanckie i stały się rejonem koncentracji i formowania 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej.

grh017Obecnie w Zasmykowie znajduje się cmentarz rzymskokatolicki. Zachowało się tutaj 69 nagrobków z lat 1934–2003 (ustalono nazwiska 91 pochowanych).Znajduje się tutaj także mogiła ekshumowanych w 1996 roku 17 osób spośród 73 zamordowanych w 1943 roku polskich mieszkańców wsi Lityń oraz cmentarz wojenny żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK z 65 krzyżami na symbolicznych mogiłach poległych oraz z tablicą z nazwiskami i pseudonimami.

 

 

Nazwiska pochowanych na cmentarzu w Zasmykach:

  1. Bartoszewski Adam (+1943) nagrobek symboliczny
  2. Bartoszewska Weronika z d. Dąbrowska (+1943) nagrobek symboliczny
  3. Bednarek Mieczysław (+1943) nagrobek symboliczny z 2002 r.
  4. Biernacka Katarzyna z Nadratowskich (+1937)
  5. Biernacki Jan (+1936)
  6. Budzisz Stanisława (+1944) nagrobek z lat 90. XX w.
  7. Bujalski Geniuś (+1939)
  8. Daszkiewicz Ludwika (+1943) nagrobek symboliczny
  9. Ejsmont Kazimierz (+1936)
  10. Figurowscy (+lata 50. XX w.) mąż i żona z Zasmyków
  11. Gąsiorowska Aniela (+1943) metalowy krzyż z lat 90. XX w.
  12. Gąsiorowski Władysław (+1937) metalowy krzyż z lat 90. XX w.
  13. Gochna Konstanty (+1944) nagrobek symboliczny z 2001 r.
  14. Gruziński Józef (+1944) nagrobek odrestaurowano w latach 90. XX w, dodając tablicę inskrypcyjną Józefa Gruzińskiego
  15. Gruziński Marek (+1934).
  16. Jaworski Kazimierz (+1944) nagrobek symboliczny z lat 90. XX w.
  17. Kaczan Antonina z Szarwiłów (+1939) metalowa tabliczka zamontowana w końcu XX w. na starym betonowym krzyżu.
  18. Kamieńska Maria ze Skupiczów (+1937)
  19. Kołodziński Aleksander (+1943) symboliczny metalowy krzyż
  20. Kurzydłowski (Kużydłowski) ? (+1ata 50.XX w.), imię zapomniane
  21. Kozik Józef (+1937) nagrobek odrestaurowano w 2003 r
  22. Kwiatkowski Jan (+1938)
  23. Kwiatkowska Teofila (+1938)
  24. Lenkowski Paweł (+1937) nagrobek odrestaurowano w latsch 90. XX w.
  25. Lubian Jan (+1942) nagrobek symboliczny z 2001 r.
  26. Majewski Kasper (+1935)
  27. Mazurek Leopold, mąż Zofii (+1939) nagrobek symboliczny z 2003r.
  28. Mazurek Zofia (+1939)
  29. Onisk Irena (+1940) nagrobek symboliczny z 2003 r.
  30. Pasztelan Roman (+1944) niemowlę, nagrobek symboliczny z 2003 r.
  31. Pożywio Aleksander (+1939) nagrobek symboliczny z 2001 r.
  32. Pożywio Wacław (+1943) nagrobek symboliczny z 2001 r.
  33. Różańska Józefa z Brudków (+1934)
  34. Rypińska Marcela (+193(?), żyła lat 84
  35. Sakowicz Leon (+1943)
  36. Sakowicz Leonard (+1938)
  37. Sakowicz Stefania (+1936)
  38. Sakowicz Władysław (+1942)
  39. Światły Stanisław (+1936)
  40. Świder Mieczysław (+1944) nagrobek symboliczny z lat 90. XX w.
  41. Trumińska Janina (+1937)
  42. Wójcik Krysiunia (+1942) niemowlę
  43. Zahdanczuk Józef (+1938)
  44. Zamościńska Anna z d. Urban (+1944) małżeństwo, nagrobek z lat 90. XX w.
  45. Zamościński Władysław, mąż Anny (+1942)
  46. Żyłowicz Piotr (+1938)

Drewniany symboliczny krzyż z tabliczką inskrypcyjną, postawiony wcześniej na mogile we wsi Wierzbiczno, po ekshumacji przeprowadzonej w 2003 roku (podobno kości nie odnaleziono)  został przeniesiony na cmentarz w Zasmykach, gdzie ma być postawiony nagrobek symboliczny:

  1. Ciaś Jan (+1943)
  2. Ciaś Lucjan (+1943)
  3. Ciaś Tadeusz (+1943)
  4. Ciaś Stanisław (+1943)
  5. Dondalska Maria (+1943)
  6. Obuchowski Jan (+1943)
  7. Suchodoła Adam (+1943)
  8. Sudoł Maria (+1943)

Relacje świadków

– Uciekaliśmy do Zasmyk z duszą na ramieniu – wspomina Feliks Budzisz – Jechaliśmy kłusem leśną, rzadko już uczęszczaną drogą, by umknąć niepostrzeżenie. Trzymając lejce, biegłem z siostrą obok wozu, żeby klaczy na piaszczystej drodze było lżej. Mama leżała na wozie, zwijając się z bólu. Bez przeszkód przyjechaliśmy do Polskiej Kolonii, gdzie stał już rząd furmanek, gotowych do drogi. Szczęściem, na wyczucie, trafiliśmy w samą porę. Byłem rozczarowany, gdy spostrzegłem, że jadą wyłącznie kobiety z dziećmi, bez zapowiadanej zbrojnej obstawy. Wiadomość, że widziano upowców w pobliskich ukraińskich zabudowaniach, wprowadziła nas w nastrój trwogi, graniczącej z paniką. Ruszyliśmy natychmiast kolumną wozów w stronę Zasmyk, ponaglając się do szybszej jazdy, którą bardzo utrudniały uwiązane przy wielu wozach krowy. Po drodze dołączały do nas kolejne furmanki wyładowane manelami i dziećmi. Część kobiet szła obok wozów modląc się na głos. Przewodziła im babcia Wiktoria, matka wujka Stanisława Molendy, w czarnym habicie tercjarki i z dużym różańcem w ręce.

81Przypominała wszystkim, że gdy będą nas zabijać, należy głośno śpiewać „Pod Twą obronę”. Zalecenie babci wzmogło lęk. Niebawem kolumna wozów  wspięła się na rozległe wzniesienie z wyniosłym kopcem, usypanym przez nacjonalistów, na którym ustawiono wysoki prawosławny krzyż – symbol samostijnej Ukrainy, przybrany wyblakłymi już sino- żółtymi barwami i tryzubem. Gdy czoło kolumny znalazło się na wysokości kopca, nagle, jak spod ziemi, wyłoniło się kilku uzbrojonych osobników w niemieckich mundurach. Kolumnę zatrzymano, wśród jadących powstało zamieszanie, które zaraz przerodziło się prawie w panikę. Starsze dzieci zeskakiwały z wozów i biegły do tyłu kolumny i w pole. Część wozów zawracała z trudem i jechała polem z powrotem. Słychać było bezładny krzyk kobiet, nawoływanie i płacz dzieci. Po kilku minutach z czoła kolumny przyszła wiadomość, że nie są to upowcy, tylko Litwini służący u Niemców.  Kilku żołnierzy, dobrze pijanych, przeszło się w milczeniu wzdłuż kolumny wozów, bacznie je lustrując. Z czoła dochodziła głośna i niepokojąca wymiana zdań kilku odważniejszych kobiet z oficerem, który również zdradzał nadużycie alkoholu. Wspominał krzywdy, jakich rzekomo mieli doznać Litwini od Polaków. Oficer i żołnierze nie reagowali na prośby kobiet, by pozwolili nam jechać dalej. Oficer oświadczył, że cały tabor będzie musiał udać się do jego dowództwa.

Przerażone kobiety desperacko oświadczyły, że nigdzie nie pojadą i w tym momencie czoło kolumny, nie zważając na sprzeciw oficera, ruszyło zdecydowanie do przodu, a za nim reszta wozów. Wreszcie docieramy do gęsto zabudowanej wsi Piórkowicze, położonej półkolem nad jeziorem. Jest to ostatni odcinek drogi do Zasmyk. Jedziemy teraz piaszczystą drogą skrajem jeziora z największym napięciem nerwów, w skupieniu i ciszy. Wozy kołami wrzynają się głęboko w piach, dlatego pchamy je ile sił, byle prędzej wydostać się ze wsi. Napad w tym miejscu nie dawałby szans na uratowanie się: z jednej strony drogi – jezioro, z drugiej – gęsto zabudowana obca wieś. Pot oblewa mi ciało, a strach mobilizuje resztki sił. Wreszcie dojeżdżamy do środka wsi i spostrzegamy coś nieprawdopodobnego: wieś robi wrażenie wymarłej. Jest kompletnie pusta. Wieś widmo! Z radosnym zaskoczeniem i podnieceniem zostawiamy w tyle opustoszałe domostwa. Terasz przed nami wąska, polna droga, z lekka wijąca się wśród pól. W dali stoją z rzadka zabudowania, otoczone kępami starych drzew. Od czoła kolumny idą okrzyki:- Zasmyki! Jesteśmy w Zasmykach! – Mama ociera łzy wielkiej radości i niewysłowionej ulgi – Jesteśmy ocaleni – mówi do nas, pokonując najgłębsze wzruszenie i dokuczliwy ból serca. Radość opanowuje cały tabor.

W kępie drzew na skraju wsi stoi z dubeltówką, bosy, może 18-letni wartownik. Dowiadujemy się od niego, że dziś 31 sierpnia o świcie, zasmycka samoobrona odniosła zdecydowane zwycięstwo nad dużym zgrupowaniem banderowców, szykujących się do zdobycia Zasmyk i wymordowania tam zgromadzonej ludności polskiej, zbiegłej przed rzeziami. Łatwo teraz domyślamy się, dlaczego nie ma z nami obiecanej zbrojnej eksporty  i dlaczego mim o to udało się przebyć niebezpieczną śmiertelną drogę. Upowcy, przerażeni sromotną klęską, uciekli wraz z cywilną ludnością ukraińską  do miejscowości dalej położonych od Zasmyk. Nagła i groźna dla nich wieść lotem błyskawicy obiegła okoliczne wsie, krzyżując w tym dniu bandycie zamiary wobec ludności polskiej. Spontanicznie gromadzimy się wszyscy  koło przydrożnego krzyża, dziękując Opatrzności za ocalenie, modlimy się za poległego w dzisiejszej bitwie Stasia Romankiewicza z radowickiej jedenastki. Przybyłę z nami rodziny rozjechały się po Zasmykach  do krewnych czy znajomych, gdzie znalazły dach nad głowa i życzliwość. Niektórzy udali się do sąsiednich kolonii- Janówki, Radomla, gdzie również przyjmowano uciekinierów. My oraz ciocia Bronia z córkami zatrzymaliśmy się  u gospodarza Franciszka Wiśniewskiego, nieopodal kościoła. Zaraz po naszym przyjeździe zjawił się ojciec z wujkiem Molendą oraz inni uciekinierzy , ciekawi najświeższych wydarzeń. Znowu byliśmy razem z ojcem, co sprawiło nam wielką radość. Uniknęliśmy najgorszego, podczas gdy wokół szalała śmierć. Martwiliśmy się o dziadków i ciocię Marysię, pozostałych w Radowiczach. Zdziwiłem się bardzo, ze ojciec z wujkiem jako partyzancki nie przyszli z bronią. Nie śmiałem o nią pytać. Byłem pewny, że zostawili ją na placówce.

Później dowiedziałem się, że jeszcze jej nie posiadali. Broń trzeba było zdobywać w boju lub w najlepszym razie kupować u Niemców, czy Węgrów za wysoką cenę. Wieczorem udaliśmy się gromadnie do kościoła, który w pierwszej chwili wydawał mi się pusty. Wewnątrz panował mrok, tylko na głównym ołtarzu pełzały  wątłe płomyki dwóch świec, ledwie rozjaśniając małą część wnętrza. Po chwili zaczęli się wyłaniać z mroku wierni,  klęczący w ławkach i bocznych nawach. Niektórzy nieruchomo trwali w milczeniu, inni szeptem lub półgłosem modlili się. W ogromnej przewadze były to kobiety i dzieci. Przed wielkim ołtarzem leżało krzyżem dwóch księży. Pochodzili, jak mówiono, z parafii, gdzie banderowcy dokonali masowych mordów ludności polskiej. Słychać było stłumiony szloch kilku kobiet , który chwilami przechodził w spazmatyczne łkanie. W pewnym momencie w nawie powstało poruszenie. Z mroku wyłoniło się kilka kobiet, wynoszących jakąś omdlałą kobiecinę na zewnątrz. Nastrój w kościele stawał się przygnębiający , nie do zniesienia. Spazmatyczny szloch, teraz już wielu kobiet i dzieci, przejmował już lękiem. I tu, w świątyni, czuło się rosnącą rozpacz polskiej ludności i grozę upowskiego, obłędnego krwawego terroru. W pewnym momencie ludzie tłumnie ruszyli do wyjścia.

Przed kościołem tworzyły się grupy osób, wymieniających przerażające opowieści o morderstwach w okolicznych wsiach. Strwożeni ludzie, głównie kobiety, płacząc wymieniały nazwiska i imiona zamordowanych nieraz w okrutny sposób. Wracaliśmy z kościoła przygnębieni rozmiarami zbrodni i otchłanią nieszczęść, sprowadzonych na ludność polską przez ubowców zaczadzonych nazistowską nienawiścią. Ale mimo morza nieszczęść , tutaj w Zasmykach, wydawało się, że krwawa nawałnica przechodzi gdzieś bokiem , oddala się od nas i świta nadzieja na przetrwanie. Z gromadą znajomych udaliśmy się do stodoły. Prowizorycznie wyznaczonej na noclegi. Pierwszy raz od wielu tygodni zasypiałem bez dławiącego lęku.  Ale noc nie byłą spokojna. Po północy przybyli do stodoły nowi uciekinierzy. Podwórze i stodoła zapełniły się głośnymi rozmowami i płaczem. Spostrzegłszy nas, kobiety zaczęły głośno i bezładnie opowiadać o masakrze gdzieś na północny wschód od Zasmyk. Część ludności udało się uniknąć zagłady. Do rana już nikt nie spał. Wczesnym rankiem wszyscy byliśmy na nogach. Pierwszy września na trwałe i niezwykle zapisał się w pamięci ludności zgromadzonej w Zasmykach. Tego dnia, w samo południe, odbył się pogrzeb Stasia Romankiewicza, poległego w przeddzień we wsi Gruszówka. Na pogrzeb przybyły tłumy ludzi. Przecisnąłem się do wnętrza kościoła i stanąłem blisko katafalku, na którym spoczywała trumna ze zwłokami Stasia.

Stali przy niej z bronią jego bojowi towarzysze, a obok liczna rodzina, sąsiedzi, znajomi. Po egzekwiach ksiądz Michał Żukowski wygłosił płomienne przemówienie, które wierni głęboko przeżyli , pewnie jak nigdy dotychczas. Szloch wstrząsał tłumem. Ksiądz, były misjonarz z Podola, przejawił tutaj najwspanialszy kunszt oratorski. Oznajmił, że dzisiaj uderzy dzwon, ukryty i milczący od 17 września 1939 r. Obwieści on powstanie skrawka wolnej, niepodległej Polski- Rzeczpospolitej Zasmyckiej, za którą oddał swoje młode życie i Stasio. I oto odezwał się dzwon. Tłum załkał – płakały kobiety, starcy, dzieci, żołnierze. Donośny głos dzwonu niósł się po polach i łąkach do okolicznych wsi. Zawtórowało mu potężne , błagalnie i niebosiężnie pieśń „Boże coś Polskę”, a po niej „Kto się w opiekę odda Panu swemu”. Kondukt ruszył na cmentarz ksiądz żegnał Staszka najpiękniejszymi słowami , stojąc na nasypie i górują nad otaczającymi go ludźmi. W pewnym momencie ktoś krzyknął: Ukraińcy! Tłum zaszamotał się, część ludzi rzuciła się do cmentarnej bramy , inni w kierunku przeciwnym, próbując jednocześnie zorientować się w sytuacji. Honorowa eskorta ładowała broń, trzaskając zamkami.

Ale ksiądz nie ruszył się z miejsca, stojąc wyniosły na nasypie. Zaraz się okazało, że w pobliskiej olszynie przechodził przez patrol, ubezpieczający pogrzeb. Mimo głębokich , bolesnych wzruszeń , z cmentarza wracaliśmy podniesieni na duchu, z krzepiącą wiarą w możliwość obrony i przetrwania. Wielkie nadzieje zaczęliśmy pokładać w naszej samoobronie. Nie mylił się i tym razem ks. Michał Żukowski; na kilka miesięcy Zasmyki stały się skrawkiem wolnej Polski, chociaż wiele krwi spłynęło wokół, a na zasmyckim cmentarzu przybyły setki mogił i krzyży. Staś Romankiewicz, żołnierz z naszej wsi , był pierwszym z zasmyckiej samoobrony, który poległ w otwartym boku za ten skrawek ziemi. Pierwsze dni w Zasmykach dostarczyły nam wiele silnych przeżyć. Codziennie tłum uciekinierów gromadził się przed kościołem, gdzie docierały najszybciej i najczęściej tragiczne wieści o losach ludności polskiej okolicznych wsi. Ogromne zainteresowanie wzbudzali żołnierze samoobrony, zwłaszcza nasi znajomi, z których byliśmy dumni, wiążąc z nimi nadzieje na przetrwanie. Okryci już wówczas legendą dowódcy – por. „Jastrząb” i por. „Sokół” – nie schodzili z ust, mówiono o nich  z najwyższym podziwem, szacunkiem i uwielbieniem. Zdawano sobie sprawę, że dzięki ich dowódczym umiejętnościom , odwadze i determinacji zasmycka samoobrona odniosła zdecydowane zwycięstwo nad banderowcami w Gruszówce. Dzięki nim zostały uratowane od zagłady tysiące ludności polskiej, zgromadzonej w Zasmykach, okolicznych koloniach i odległych wsiach , z których nie wszyscy Polacy zdążyli zbiec do bezpieczniejszych miejsc.

Rozgromienie banderowskich sotni w Gruszówce spowodowało z kolei głęboki szok u banderowców i cywilnej ludności ukraińskiej okolicznych wsi, która z lękiem szeptała o pogromie swoich strilciw, przekonując się, że rzezie bezbronnej ludności nie ujdą płazem. Pochówki zabitych banderowców odbywały się bez pompy i rozgłosu , by nie siać defetyzmu i niechęci do atamanów OUN- UPA. Dla ludności polskiej, wątpiącej dotychczas w możliwość przetrwania , zwycięstwo w Gruszówce było źródłem nadziei i otuchy. Dnia 3 września o zmroku do zasmyckiego kościoła wszedł w pełnym uzbrojeniu zwarty pododdział samoobrony. Wierni, zgromadzeni na Nieszporach, machinalnie ustąpili miejsc, rozchodząc się na boki. Oddział zbliżył się do wielkiego ołtarza . Padła ściszona komenda :”Spocznij!” Szczęknęła broń o posadzkę. Z zakrystii wyszedł ks. Żukowski, który odmówił z żołnierzami „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”, a następnie pobłogosławił ich. Padła znowu ściszona komenda: ”W tył zwrot, do wyjścia!”. Pododdział opuścił kościół. Wyszliśmy zaraz tłumnie na dwór, ale ujrzeliśmy już tylko znikające w mroku sylwetki żołnierzy. Tak zapamiętałem fragment dramatycznej, ale i zwycięskiej kolejnej akcji naszej samoobrony. Pododdział pod dowództwem por. „Jastrzębia” i por. „Sokoła” wymaszerował tamtego wieczora , by ratować przed zagładą ludność polską Osiecznika, odległego od Zasmyk o 20 km oraz zbiegłej tam ludności z sąsiedniego Wierzbiczna, ocalałej z rzezi , której dokonali tam banderowcy w przeddzień. 

 

Joanna Zamościńska-Kucałowa to jedna z ostatnich żyjących jeszcze kobiet, walczących w szeregach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Pochodzi z legendarnych Zasmyk w powiecie kowelskim, w których zaczynały się tworzyć jej pierwsze oddziały. Urodziła się w tej wsi w 1923 r. i czasy wojenne pamięta doskonale. Jej mama Anna z domu Urban pochodziła z Presieki – wsi, w której większość mieszkańców stanowili Ukraińcy. Ojciec Bronisław był rodowitym mieszkańcem Zasmyk, w których Zamościńscy stanowili mocno osadzoną i rozgałęzioną rodzinę.

– Moi rodzice byli rolnikami. Posiadali w Zasmykach gospodarstwo o powierzchni dwunastu hektarów – wspomina. – W 1937 r., dokupili jeszcze dwa hektary od Onufrego Łukasza, który wyjeżdżał do Kowla i likwidował gospodarstwo w Zasmykach. Jakoś w nich mu się nie wiodło i liczył, że w Kowlu się lepiej urządzi. Mój ojciec, gdy zawierał związek małżeński z mamą, miał 32 lata i był już dojrzałym mężczyzną. Wynikało to z faktu, że piętnaście lat znajdował się poza domem. Odbywał służbę wojskową w carskiej armii i walczył w I wojnie światowej. Bił się, jak mi opowiadał, m.in. na froncie fińskim. W końcówce wojny dostał się do niewoli na Węgrzech, w której spędził wiele czasu. Mama, gdy wychodziła za ojca, miała 24 lata. Moja rodzina była bardzo liczna i znana w Zasmykach. Wynikało to z faktu, że we wszystkich jej odnogach było zawsze dużo dzieci. Babcia Zamościńska miała piętnaścioro dzieci. Za moich czasów żyło ich dziewięcioro, pięć córek i czterech synów. Najstarsza córka miała na imię Eleonora, żona Wielgata, Maria, która wyszła za Wojdaka, Bronisława żona Słowika, Zuzanna Urbanowa, której mężem został brat mojej matki. Najmłodsza córka babci, zapamiętana przeze mnie, miała na imię Eufemia. Wyszła ona za Michalskiego. Synowie mieli imiona: Bronisław, Franciszek, Karol i Antoni. Najstarszym z nich był właśnie mój ojciec. W Zasmykach część rodziny Zamościńskich mieszkała na sąsiednich posesjach. 

Obok nas stał dom dziadka Władysława i babci Zuzanny z domu Piątkówny. Dalej znajdowało się gospodarstwo stryja Karola, ożenionego ze Stefanią Witkowską, pochodzącą z rodziny, która na Wołyń przybyła z Wielgomłynów w powiecie radomszczańskim. Nieco dalej w Zasmykach mieszkał jeszcze jeden Bronisław Zamościński, stryj mojego ojca. Po drugiej stronie drogi w Zasmykach mieszkał jeszcze Bazyli Zamościński syn Jana Zamościńskiego, nieżyjącego już, jednego z czterech braci mojego dziadka. W domu miałam jeszcze brata Bogusława, któremu później w dowodzie osobistym, wydanym po wojnie zapisano imię Bolesław. Takie bowiem podał dla zatarcia konspiracyjnych śladów i pod tym imieniem funkcjonował w Polsce. Nikt go z Zasmykami nie kojarzył, bo zmienił także miejsce urodzenia. Do szkoły początkowo chodziłam do Zasmyk. W klasie piątej, gdy budowano nową szkołę w naszej wsi, chodziłam do szkoły w Gruszówce, sąsiedniej osadzie. Szóstą klasę ukończyłam w Hołobach, miasteczku leżącym w pobliżu. Po jej ukończeniu powinnam iść do gimnazjum, ale już nie pamiętam, czy bałam się egzaminu, czy zdecydowały o tym inne względy, że ostatecznie poszłam jeszcze do siódmej klasy w Kowlu, a następnie rozpoczęłam naukę w Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Kowlu. Rodziców było na to stać, bo dzięki ich pracowitości powodziło się nam całkiem nieźle. 

maxresdefaultNasze gospodarstwo było duże, imponowało zabudowaniami, a także, domem, który pełnił w Zasmykach rolę kulturotwórczą. Najważniejszą funkcję pełnił w nim duży pokój, mający powierzchnię ponad trzydziestu metrów. Odbywały się w nim przedstawienia amatorskie, uroczystości i zabawy. Nawet szkoła z niego korzystała. Oczywiście tak jak w całej wsi, nie było w naszym domu elektryczności. Generalnie można powiedzieć, że przed wojną ludziom w Zasmykach żyło się nieźle. Ludzi biednych było w nich mało. Niedaleko nas mieszkała dalsza nasza kuzynka Klekotowa, której rodzice nie mieli ziemi i wynajmowali się u gospodarzy do pracy. Naprzeciw kościoła mieszkała jeszcze biedniejsza rodzina Tytusów. Warto też wspomnieć, że Zasmyki były dużą rozległą wsią. Ciągnęły się na przestrzeni pięciu kilometrów od Rokitnicy do Piórkowicz ze wschodu na zachód. Rokitnica była wsią niemal całkowicie ukraińską, powstałą w wyniku parcelacji majątku pana Białostockiego po powstaniu styczniowym w 1863 r. Jego potomek z rodziną, chyba jedyną polską, mieszkał w tej wiosce.

Niektórzy Polacy z Zasmyk też zdaje się nabyli jakieś kawałki z jego gruntów. Moja rodzina nie, bo przybyła na Wołyń znacznie wcześniej, bo po powstaniu listopadowym z guberni łomżyńskiej. Mój pradziadek Antoni pochodził ze szlachty zaściankowej. Po powstaniu listopadowym, w którym miał on swoją partię, musiał uciekać i postanowił wyjechać na Wołyń. Pamiętam, że mój dziadek zawsze podkreślał, że Zamościńscy pańszczyzny nigdy nie odrabiali. Mówiąc o Zasmykach, trzeba też wspomnieć o stosunkach Polaków z Ukraińcami. Moim zdaniem były one bardzo dobre. Nigdy nie słyszałem o żadnych konfliktach. Wśród moich kolegów i koleżanek miałam wielu Ukraińców i Ukrainek i nie przypominam sobie z nimi żadnej scysji. Tak było w szkole w Zasmykach, Gruszówce, a także Hołobach. Moja mama, która jak wspomniałam pochodziła ze wsi Peresieki, w której większość stanowili Ukraińcy , miała wśród nich wielu przyjaciół. Szczególnie dobre stosunki łączyły ją z rodzina Golczewskich. Niestety potem wszystko się pozmieniało. Przyjaciele okazali się wyrafinowanymi, azjatyckimi mordercami.

Z synem Golczewskich , na którego wszyscy mówili Kolka, przyjaźnił się m.in. najmłodszy brat mojej mamy, czyli wujek Szczepan. Razem paśli krowy, razem się wychowywali, niemal jedli ze wspólnej miski. Gdy w sierpniu 1943 r. grupa chłopców szła do partyzantki, by zasilić jej szeregi,  banda Ukraińców złapała ich w Myćkowie, zamknęła w pustej chacie i poddała okrutnym torturom. Co oni tam z nimi nie wyprawiali! Taka stara Ukrainka, mieszkająca w pobliżu, która mi później opowiadała, załamywała ręce i mówiła – muczyły ich, ach muczyły! Wśród tych oprawców, jak ustalono później, był też Kolka, który kierował całą grupą. Szczególnie pastwił się on nad takim Jerouszkiem Czechem, z którym podobnie jak z wujkiem się wychowywali i którzy traktowali go jak brata. Nasi partyzanci odnaleźli pomordowanych i przywieźli do Zasmyk, żeby ich pochować. Mnie nie dopuszczono do oglądania ich zwłok, tak strasznie były zmasakrowane. Ciotka przeżyła to potwornie. Jerouszek tak jak pozostali, miał połamane ręce i nogi, wyrwany język i wykłute oczy! Wstrząśnięty był też wujek, który bardzo przyjaźnił się z tym Jerouszkiem. Dla niego było to tym tragiczniejsze przeżycie, bo to właśnie jemu z grupą partyzantów od „Jastrzębia” przyszło dopaść tego Kolkę i jego kompanów, by wymierzyć im sprawiedliwość. 

We wrześniu 1939 r. , gdy Niemcy napadli na Polskę, Joanna Zamoscińska miała 16 lat. Wybuch wojny, tak ja późniejsze wydarzenia, zapamiętała bardzo dobrze.

– Atak Niemców na nasz kraj wszyscy przeżyli strasznie – wspomina. – Mój ojciec to płakał. Starałam się go pocieszać, ale on tylko odpowiedział – Polski już nie ma! Polska się skończyła! – Nie miał złudzeń, że Polska z Niemcami wojnę przegra, a skorzystają na tym Sowieci. Początkowo jednak wojny nie odczuwaliśmy. Pierwszym jej objawem byli uciekinierzy z zachodniej Polski, szukający schronienia przed Niemcami. Pamiętam, że u nas kwaterowali uchodźcy z Blachowni  k. Częstochowy. Jedna z rodzin nazywała się Sirek. Mieszkali oni praktycznie we wszystkich gospodarstwach. Jak wkroczyli Sowieci, to prawie wszyscy uciekinierzy wrócili w swoje strony uznając, że nie ma tu co siedzieć. Sporo ich zginęło zanim dotarło do Zasmyk. Niemcy przecież bombardowali ich transporty. Gdy Sowieci przekroczyli granicę wschodnią Polski, zarówno miejscowi Ukraińcy, jak i Żydzi zaczęli szykować się do ich powitania. Pozakładali czerwone opaski i dopiero wtedy okazało się, ilu z nich należało do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. 

 Przerażały nas zwłaszcza wieści dochodzące z Kowla. Tamtejsi Żydzi zaraz się zorganizowali i zaczęli się odgrażać – No, to my wam teraz Polaczki pokażemy! – W oparciu o nich bolszewicy zaczęli organizować swoją milicję. Ukraińcy także witali ich z entuzjazmem i w terenie Sowieci oparli na nich swoją administrację. Niektórzy z nich już wcześniej nie ukrywali swojego stosunku wobec państwa polskiego. Byli zatrzymywani przez policję, a nawet siedzieli w więzieniu. W Gruszówce mieszkali stryjeczni bracia Łozowiccy. Obaj mieli Iwan na imię. Różnili się kolorem włosów. Na jednego mówiliśmy „Iwan Czarny”, a na drugiego „Iwan Biały”. „Iwan Biały” skończył gimnazjum we Lwowie i jak weszli Sowieci, to mianowali go nauczycielem w szkole w Zasmykach, a „Iwan Czarny” organizował w Zasmykach tzw. „piatichatki”, czyli pogadanki, mające uświadomić nas politycznie. Niektóre z nich odbywały się w naszym domu. Ja wtedy zadawałam mu trudne, podchwytliwe pytania, z czego ten nie był zadowolony. Bardzo tego nie lubił. Po jakimś czasie przeniósł więc swoje „piatichatki” gdzie indziej. 

– Pytałam go np. skąd on wie, że w Związku Radzieckim jest tak dobrze, skoro nigdy w nim nie był. Pytałam go o różne szczegóły, o których on nie miał pojęcia. „Iwan Biały”, jak wkroczyli na Wołyń Niemcy, został w Zasmykach i wkrótce przystał do nacjonalistów. Było to bardzo częste zjawisko. Ten drugi Iwan , który starał się nas politycznie edukować, był twardym komunistą i razem z Sowietami uciekł na Wschód. Oprócz tych dwóch komunistów ukraińskich w okolicy było jeszcze kilku, ale generalnie rzecz biorąc można stwierdzić, że ci nasi nie byli jeszcze najgorsi. Jak się zaczęły wywózki, to nikogo z Zasmyk nie deportowano. Nie szkodzili więc ludziom. Każdy oczywiście się pilnował, żeby nie zostać uznany za kułaka, czy podejrzany element. Ojciec np. nie miał dwóch koni, tylko jednego. Nie trzymał czterech krów, tylko dwie itp. Wraz z innymi oddawał także o czasie wszelkie kontyngenty i brał udział we wszystkich pracach społecznych na drogach. 10 lutego 1940 r. doszła do nas jednak straszna wiadomość, że NKWD wywiozła rodzinę Wojdaków mieszkającą w Seweliczach, parafia Łokacze, powiat Horochów. Żoną głowy tej rodziny była siostra mojego ojca. 

Rodzina ta nie należała do bogatych. Zaliczała się raczej do biedniejszych. Brat tego Wojdaka był jednak kiedyś w Stanach Zjednoczonych. Dorobił się w nich i kupił sobie duże gospodarstwo. Hurtem zabrali ich obu i to w dramatycznych okolicznościach. Najstarszy syn Wojdaków, Staszek poszedł nocą do lasu po drzewo, a w domu zostało trzech jego braci i siostra. Gdy wrócił do domu, nikogo nie zastał. Staszek mógł uciec, ale wiedział, że rodzice z trojgiem małych dzieci sobie nie poradzą. Pobiegł za nimi. Zdążył dobiec do torów, gdzie stały wagony towarowe, do których ładowano wywożonych. Było to zdaje się w Horochowie. Wkrótce dostaliśmy list od Wojdaków, w którym informowali nas, że są wywiezieni do osady k. Archangielska i pracują przy wyrębie lasu. Domyślaliśmy się, że jest im bardzo ciężko. Pisali bowiem, że kartki na żywność dostają tylko osoby, które pracują. Wiadomo zaś, że dzieci nie pracowały. Zaczęliśmy więc im posyłać paczki, dzięki którym przetrwali do ogłoszenia amnestii. Bazyli Zamościński, o którym wcześniej wspomniałam, a który od dawna, jak się później dowiedziałam, był związany z konspiracją, otrzymał wiele adresów ludzi wywiezionych z Kowla w głąb ZSRR, którym posyłaliśmy paczki. 

Chodziliśmy po wsi z Bazylim i zbieraliśmy różne trwałe produkty, które następnie pakowaliśmy i wysyłaliśmy potrzebującym. Oczywiście nie spod jednego adresu. Nadawcy stale byli różni. Z niektórymi nawiązaliśmy też kontakt korespondencyjny, który utrzymywaliśmy jeszcze po wojnie. Syn jednego z tych państwa pisze do mnie po dziś dzień. On po wojnie uświadomił mi, jak strasznie ludzie na tej wywózce w rejonie Archangielska głodowali. Opowiadał mi, jak rodzicom udało się złapać jakiegoś psa, którego zabili i zjedli. Skórę psa zakopali, żeby zatrzeć ślady. Później byli tak głodni, że odkopali tę skórę i także zjedli… Sytuację wywiezionych pogarszał fakt, że jak ich przywieźli na nowe miejsce osiedlenia, to mróz wynosił minus 40 stopni Celsjusza i zapędzono ich do wyrębu lasu. Każdy pracujący miał wyśrubowaną normę, którą musiał wykonać. Głodne i słabe osoby miały zaś z tym z oczywistych powodów problemy. Kto zaś normy nie wykonał, miał obcinane wymiany żywności w myśl zasady – nie rabotajesz, nie kuszajesz! – Kółko się zamykało i po jakimś czasie delikwenta, nie wykonującego normy wynoszono na cmentarz. Wysyłane do deportowanych paczki były więc na wagę życia. Szczególnie tragiczny był los rodzin wielodzietnych. Rodzice dzielili się z nimi skromnym pożywieniem i bardzo szybko opadali z sił. Często najpierw umierała matka, później dzieci i ojciec.

Opening Hours

Monday

-

Tuesday

-

Wednesday

-

Thursday

-

Friday

-

Saturday

-

Sunday

-

Address

Our Address:

Zasmyki

GPS:

51.08425500000001, 24.751868100000024

Web: